piątek, 6 września 2019

Mój mały poradnik dla wybierających się KOS


Kilka dni temu wróciliśmy z wakacji na tej przeuroczej wyspie. Jej wielkość jest idealna, by w kilka dni zarówno odpocząć jak i ją zwiedzić. Poniżej zebrałam garść porad dla wybierających się na Kos. Jeśli masz pytania, zadaj je. Jeżeli informacje tu zawarte to dla Ciebie za mało, poszukaj w Internecie lub kup sobie przewodnik. My zaopatrzyliśmy się w niego przed wyjazdem i to była zdecydowanie dobra decyzja. Po przeczytaniu tej niewielkiej książeczki, informacje które do nas docierały oraz to co zobaczyliśmy tworzyło spójny obraz. Znając zarys historyczny, zwyczaje ludzi oraz mając już jakieś pojęcie o ich kulturze, lepiej rozumieliśmy nasze otoczenie.



Kilka mniej lub bardziej przydatnych informacji:
- lot z Polski na Kos trwa ok. 2 h 20 min (my lecieliśmy z Poznania).
- wyspa jest stosunkowo mała. Żadna odległość nie jest na tyle duża, by nie urządzić sobie popołudniowej przejażdżki z jednego końca na drugi.
- my poruszaliśmy się samochodem, ale wyspa jest dobrze skomunikowana. Można też wybrać skuter lub rower (wiele wypożyczalni), jednak tych nie polecam na wyprawy do np. Zii, Pyli czy Kefalos (teren górzysty).
- dla wypożyczających auto: dozwolone stężenie alkoholu u kierowcy to 0,5 (0,2  u młodych kierowców, mających prawko krócej niż 2 lata i kierowców zawodowych), zachowajcie czujność na skrzyżowaniach, które wyglądają jak typowe ronda, jednak pierwszeństwo mają nadjeżdżający z prawej.
- pamiątki kupujcie w mniejszych miasteczkach, bo ceny w samym Kos są wysokie. Im większe miasto, tym wyższe ceny. Najniższe miała chyba Zia.
- jeśli nie przepadasz za kotami (jak można ich nie ubóstwiać?!) masz przerąbane J Koty są wszędzie i mają trochę status świętej krowy. Nikt ich nie wygania z hoteli czy restauracji. Byliśmy nawet świadkami takiej zabawnej sytuacji, gdy w naszej hotelowej sali restauracyjnej wielki niemiecki, wydzierany kark podskoczył wraz z krzesłem gdy niespodziewanie rezydujący tam kot otarł się o jego nogi. Facet wyglądał na nieźle przestraszonego. Kelner widząc sytuację próbował tego kota niby odgonić od mężczyzny, ale z boku wyglądało to przezabawnie, bo ewidentnie odstawił taki mini teatrzyk, by Niemiec był usatysfakcjonowany, a kot nie poczuł się urażony 😃 Oczywiście kot odszedł trzy metry i poszedł żebrać o jedzenie przy innym stoliku.
- sklepy – na Kos jest Lidl. Jeśli np. zabrakło wam wody, a akurat przemierzcie wyspę, warto na zakupy wjechać właśnie tam, z uwagi na ceny i lokalizacje sklepu (znajduje się przy głównej ulicy łączącej wschód ze zachodem).
Jeśli do Lidla nie macie po drodze, możecie zrobić zakupy w mniejszym sklepie. Jeśli jednak zobaczycie drogowskaz na supermarket, nie cieszcie się zbyt szybko, na Kos prawie każdy sklep nazywany jest supermarketem, nawet jeśli stoją w nim tylko dwa regały.
- cykady  musicie się do nich przyzwyczaić! Szczególnie w okolicach stolicy ich głośne dźwięki są naturalnie wpisane w odgłos miasta.



CO ZOBACZYLIŚMY?
  •        Kos – stolica wyspy, tu każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli szukasz zabytków, ruin, atrakcji turystycznych – znajdziesz to. Jeżeli marzy Ci się spokój, to zejdź z głównych uliczek. W samym Kos zaliczyliśmy m.in.:

o   Port – całkiem urokliwy, można zrobić sobie spacer wokół murów zamku św. Jana. Ze wschodnich krańców mamy wyspy ładny widok na Turcję. Od strony zatoczki znajdziemy m.in. gigantyczny fikus dający cień turystom i miejscowym kotom.
o   Aleja palmowa – koniecznie trzeba się nią przejść. Prowadzi z centrum na samo wybrzeże. Przepiękne palmy i droga, która kiedyś była zamkową fosą, nad którą wisiał most zwodzony, dziś zamiast jego jest most kamienny prowadzący do zamku joannitów. Niestety, sam zamek jest niedostępny dla zwiedzających po trzęsieniu ziemi w 2017 roku.
o  Platan Hipokratesa oraz meczet Gazi Hassan Pasza – przy Alei Palmowej znajdują się schody znad których z daleka widać minaret meczetu. Gdy wejdziemy na górę, ukaże nam się podtrzymywany przez rusztowanie olbrzymi platan, który wg legend został zasadzony przez samego Hipokratesa, co ewidentnie niezgodne jest z prawdą, ale legendy rządzą się innymi prawami (drzewo, wg botaników ma nie więcej niż 500-600 lat, a jeśli wierzyć legendom musiałoby mieć 2500 lat).Obok słynnego drzewa znajduje się meczet Gazi Hassan Pasza, zwany przez Greków Meczetem z Loggią. Niestety, to kolejny obiekt, który mocno ucierpiał w trzęsieniu ziemi sprzed dwóch lat.

o   Agora – obowiązkowy punkt wycieczki. Nawet jeśli ktoś nie przepada za oglądaniem ruin, to chociaż te jedne warto zobaczyć. Wejście jest bezpłatne, a pozostałości dawnej agory robią wrażenie. Tu również po trzęsieniu ziemi zaszły pewne zmiany, ale nadal jest na co popatrzeć. Tabliczki z opisami dają pojęcie jak niezwykłe było to miejsce. Gdzieś czytałam, że i tam znajdują się słynne podłogowe mozaiki, jednak by uchronić je przed całkowitym zniszczeniem, zostały zasypane.
o   Casa Romana – jeżeli mało Wam oglądania ruin i innych pozostałości po dawnym świecie, polecamy wizytę w Casa Romana. Tu już za wstęp trzeba zapłacić, jednak ja mimo początkowej niechęci nie żałuję, że zwiedziliśmy ów przybytek. Zobaczymy tu jak wyglądało dawne życie w rezydencjach takich jak ta. Zachowało się tu sporo mozaik na podłodze i malowideł na ścianach. Zgromadzono tu także wiele rzeźb, naczyń oraz innych przedmiotów codziennego użytku. Każde z pomieszczeń wzbogacone jest też o duże plansze z ciekawymi opisami, które uzupełniają historię zgromadzonych eksponatów. Naprawdę niesamowicie ciekawe miejsce.
o   Odeon – powiedziałabym raczej, że to obiekt dla koneserów teatru lub po prostu nieobowiązkowy punkt wycieczki. Typowy amfiteatr w którym do dziś odbywają się różnego rodzaju występy. Jego podziemia nie są dostępne dla zwiedzających. Tuż obok znajduje się olbrzymia mozaika, misterna robota, którą można się zachwycić.
o   Kaplica Krzyża Świętego (Agnus Dei) – jedyny kościół katolicki na wyspie. Sam budynek również ucierpiał podczas trzęsienia ziemi w 2017 i od tego czasu nabożeństwa odbywają się na zewnątrz. Obok kościoła znajdują się dwa cmentarze. Jeden maleńki, na który furtka znajduje się zaraz przy kościele oraz większy na tyłach świątyni. I zasadniczo tu docelowo kierowaliśmy swoje kroki. Na wyspie jest wiele cmentarzy, ale akurat tu mieliśmy po drodze, a mnie zainteresowało to, jak wyglądają grecki nekropolie i czy różnią się bardzo od polskich. I… Tak, różnice są spore. Przede wszystkim, praktycznie wszystkie grobowce są białe. No i właśnie, są to grobowce, miejsca spoczynku całych rodzin. Obok krzyża umiejscowione są małe, szklane witrynki, w których najczęściej znajduje się ramka ze zdjęciem zmarłego, lampka olejowa, czasem jakieś przedmioty związane ze zmarłym. Co ciekawe rzadko były to zdjęcia jakie u nas można spotkać na nagrobkach. Tam w ramkach widzieliśmy zdjęcia jakby losowo wyciągnięte  z albumu. Ot, zdjęcie z wakacji, z gitarą lub z wędkowania wstawione w ramkę i postawione na grobie. Jeżeli będziecie mieli okazję odwiedzić jakiś cmentarz, to polecam. Nie mówię, że konkretnie ten, ale jakikolwiek, bo to ciekawe doświadczenie innej kultury.
  •       Kardamena   to miasto wywarło na nas chyba najlepsze wrażenie. Jest czyste jak na greckie standardy i takie… Niebiedne. Owszem, trochę targowisko, ale tak jest w każdym miejscu odwiedzanym przez turystów. Jeżeli przybędziecie tu samochodem, nie zdziwcie się jeśli nawigacja poprowadzi was uliczką tylko odrobinę szerszą od auta, a tu jeszcze, ludzie, jakaś babcia sprzedająca arbuzy, dzieciak wybiegnie, ktoś przejdzie rowerem - to po prostu Gracja! 😄 Tu już musicie zaliczyć jakąś tawernę! Wybór jest spory, a knajpki naprawdę urokliwe. My akurat trafiliśmy do angielskiego pubu prowadzonego przez Brytyjkę, ale to inna historia 😃
  •       Zia – chyba największy nasz zawód jeśli chodzi o wycieczki po Kos. Pewnie dlatego, że i oczekiwania były niemałe. Każdy z kim rozmawialiśmy mówił: „musicie pojechać do Zii! Koniecznie! Piękna wioseczka w górach”. No to pojechaliśmy. Trasa, którą przemierzaliśmy zapierała dech w piersi. Uroda widoków wzrastała wraz z każdą przejechaną serpentyną, nasz apetyt rósł. Nawigacja po informacji, że dojechaliśmy na miejsce zamilkła. A my zobaczyliśmy przed sobą korek. Źle zaparkowane samochody zatarasowały wjazd autokarom. Poczekaliśmy chwilę, udało się wjechać. Wysiadamy z samochodu, a naszym oczom okazuje się coś na kształt wielkiego targowiska. Myśleliśmy, że tak jest tylko na wjeździe, więc poszliśmy głębiej, a tam tylko jakby gorzej. Ostatecznie obeszliśmy wioskę, kupiliśmy kilka gadżetów, podziwialiśmy widok na wyspę z czegoś w rodzaju tarasu widokowego i ruszyliśmy dalej, do Pyli.
  •       Pyli – tu przyjechaliśmy zobaczyć Pyliotiko Spiti, czyli Dom Pyli, inaczej mówiąc tradycyjny dom z tradycyjnym umeblowaniem, ale… Zasiedzieliśmy się w tawernie i nie zdążyliśmy 🙈 Za to skoro o tawernie mowa... Tu zjedliśmy najsmaczniejszy obiad na całym wyjeździe, a trochę tych miejscówek zaliczyliśmy. Wybrane przez nas dania nie tylko były pyszne, ale też podane przez najsympatyczniejszego kelnera pod słońcem.  Taverna Drosos, bo o niej mowa, znajduje się przy głównym placu miasteczka, na pewno traficie. Tu polecamy flambirowany ser Saganaki, tzatziki i smaczne kalmary. Tu też wspomnę czym jest Saganaki. Saganaki, to naczynie, taka mała patelnia wyglądająca jak talerz z dwoma uchwytami. Przygotowuje się na niej najczęściej ser. W Drosos nie ma wątpliwości, że ser został przygotowany na saganaki, gdyż na nim dostajemy danie podane do stolika. Mało tego, wyżej wspomniany pan, przy nas podpala nasz obiad i skrapia sokiem z limonki. Powiem tak, ostatecznie przeszliśmy się jeszcze po miasteczku, jednak warto było tam pojechać choćby tylko na ten obiad.
  •       Plaka – Pawi Las – Miejsce w którym żyją swobodnie pawie i koty? W zgodzie? To trzeba zobaczyć na własne oczy! Pawie, wg legendy sprowadził w to miejsce sam Aleksander Wielki, ale po historii z platanem już mamy dystans do legend 😤 No i rzeczywiście, przyjeżdżamy, parkujemy, wysiadamy w tym lesie a tu paw! Jeden! Drugi! Trzeci! Dziesiąty! Mały! Duży! To miejsce zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Myślałam, że będzie  jak w naszych Łazienkach Królewskich, wiecie, idziecie i co jakiś czas trafiasz na jedną sztukę tego niezwykłego ptaka. A tu są ich dziesiątki. Sama jestem ciekawa ile. Szukałam informacji, ale nie znalazłam. W każdym razie, chodzą sobie spokojnie wokół ludzi, gdy zapragną spokoju oddalają się w pobliskie zarośla. A do tego koty, którym nawet betonowy podest wyłożono poduszkami, kocami i kołdrą by miały wygodnie. Ba! Nawet pułapki na osy zamontowano, by nic nie burzyło ich świętego spokoju.
  •       Marmari i Tigaki – Między Marmari i Tigaki znajduje się słone jezioro z którego kiedyś pozyskiwano sól. Dziś już się ponoć nie opłaca, za to akwen, a w zasadzie bagno, bo tym jest szczególnie latem, upodobały sobie… Flamingi! My mieliśmy sporo szczęścia, bo podchodząc od strony Tigaki mogliśmy podziwiać naprawdę spore stadko. Flamingi w naturze, to jest to! Ostrzegam, że bagienko śmierdzi obornikiem, ale warto się przez chwilę przemęczyć.
    Na wysokości bagna, jest plaża naturystów. Wystarczy przejść plażą za dwa wały piachu i już można cieszyć się naturalną wolnością. To też raj dla zbieraczy muszelek. Nigdzie nie było ich tyle co na tej właśnie plaży.
  •       Embros Therma – a skoro już o śmierdzących miejscówkach mowa! Na południowym wybrzeżu, mniej więcej na wysokości miasta Kos, znajdują się gorące źródła. Wydobywająca się ze skał woda ma temperaturę nawet 50°C i miesza się z zimną wodą morską, tworząc wrażenie gorących prądów. Źródła te mają właściwości lecznicze z uwagi na wysoką zawartość siarki, potasu, magnezu itd. I jak łatwo się domyślić, z uwagi na ten pierwszy pierwiastek, w okolicach źródełka po prostu śmierdzi starym jajem 😃 Jednak mimo wszystko polecamy! Rada moja jest taka, bo wziąć stary lub ciemny strój kąpielowy. Na moim, biała podszewka się nie doprała. Wstęp bezpłatny.
  •       Asklepiejon – świątynia Asklepiosa. Świetnie zachowana architektura! Na zwiedzanie lepiej wybrać mniej upalny dzień, gdyż obiekt jest przysłowiową patelnią. Hipokrates prowadził  w tym miejscu szkołę lekarską. Do znajdującego się tu ośrodka medycyny przyjeżdżali bogaci z wielu krajów. Tu również znajdziemy ciekawe plansze z opisami ruin i ówczesnego funkcjonowania obiektu.
  •       Ogród Hipokratesa – w Mastichari znajduje się ciekawe miejsce zwane Ogrodem Hipokratesa. Tu znajdziemy drzewa owocowe oraz zioła wielkości pokaźnych krzewów, których zapach unosi się w powietrzu. Możemy zwiedzić kilka budynków z tradycyjnym wyposażeniem. Zobaczymy jak wytwarzano wino i miody. A na odchodne zostaniecie poczęstowani herbatką ziołową. Wstęp 5 €.
  •       Półwysep Kefalos – tu spędziliśmy tylko chwilę. Ponoć to raj dla fanów wspinaczki. My zobaczyliśmy ładne miasto portowe, pięknie wyglądające w zachodzącym słońcu. Panował tu niesamowity spokój. W Kamari Port wędkarze raz po raz zarzucali wędki i nikomu nigdzie się nie spieszyło. W samym mieście jest kilka większych sklepów, przepraszam – supermarketów, gdzie można zaopatrzyć się w niezbędne produkty.


PLAŻE
Prawie każdy turysta, który nie chce całych wakacji spędzić nad basenem, zacznie w końcu szukać jakiejś plaży, by wykąpać się w morzu. Dobrze, jeśli plaża jest przy hotelu. Jeszcze lepiej jeśli będzie to całkiem fajna plaża 😎 Nasza miała wady. A w zasadzie jedną. Niestety, plaże w okolicach Mastichari, choć w zasadzie zauważyliśmy, że ciągnie się to aż po Tigaki, pełne są wyrzucanych przez morze wodorostów. W morzu koło naszego hotelu, było ich zdecydowanie najwięcej. Podczas kąpieli plątały się miedzy nogami, a gdy wychodziłam z wody, stopy miałam nimi otulone, co wyglądało jakbym miała gloniaste bambosze.

      
      Podczas wycieczek zaliczyliśmy kilka innych miejsc:
    •       Między Marmari a Tigaki, na wysokości słonego jeziora znajduje się plaża dla naturystów.
    •       Na wschód od Tigaki, gdy skończą się plaże należące do hoteli, jest ładny pas plaż między morzem a ulicą. Panuje na nich jednak spory tłok.
    •       Kos, tu również, w samym centrum, przy głównym deptaku jest miejsce w którym można się kąpać. Na pewno nie nazwałabym tego fragmentu ustronnym, ale co kto lubi.
    •       Embros Therma – tak  jak pisałam wyżej, tu warto zajrzeć. Obok źródła jest normalna plaża
    •       Na zachód od Kardameny znajdziemy wiele plaż, nie tylko tych hotelowych, ale i dzikich na których można po prostu rozłożyć się z ręcznikiem. Tak też zrobiliśmy, to tu znaleźliśmy idealne miejsce do  snorklowania. Rybki przy długim, ciepłym brzegu były śliczne. Im też, nam mniej, sprzyja obecność skał i kamieni na brzegu. Warto mieć buty.

I tu moje doświadczenie dotyczące plaż się kończy, może są inne, ładniejsze, my na nie nie trafiliśmy


CO MOIM ZDANIEM WARTO KUPIĆ?


- oliwa – to oczywiste, że grecka oliwa jest najlepsza! A jeżeli znajdziecie taką od małych, lokalnych wytwórców, to już w ogóle jesteście zwycięzcami!


- oliwki – to chyba naturalny wybór podczas zakupów 😉

- marmolada/dżem z pomidorów – coś w czym zakochałam się już jakiś czas temu na Rodos i nawet podjęłam próby samodzielnego wykonania. Pierwsze spotkanie z tym tworem było zabawne, bo nie mogłam uwierzyć, że to co czuję na języku, jest tym co mi się wydaje 😄 Taki dżemik najczęściej podaje się z grillowanym serem.

- ser – greckie sery są niemal równie słynne co francuskie, choć całkowicie inne. Zróbcie rozeznanie z lokalnych wyrobach i koniecznie ich spróbujcie!

- gąbki – jeśli ktoś używa, to koniecznie musi zakupić sobie na Kos gąbkę, gdyż ta wyspa od zawsze słynęła z ich poławiania.

- przyprawy – rozmaryn, bazylia i wiele innych ziół, to w Grecji całkiem spore krzewy. Ich zapach unosi się w powietrzu. Jak tu nie zabrać kawałka z tych wspomnień do domu?

- miody – kolejny produkt z którego słynie Grecja. Co prawda większość miodów nieszczególnie różni się od naszych, są jednak wyjątki. Kiedyś na Krecie kupiłam miód wytwarzany z pyłków zebranych na kwiatach pomarańczy. Był obłędny! Grecy mają też zwyczaj sprzedaży małych słoiczków, w których miodem zalane są orzechy. Taki podarek również powinien ucieszyć waszych bliskich.

- ouzo – czyli trunek nie dla każdego. Powiedzmy sobie szczerze, aromat anyżu albo się kocha albo nienawidzi. Ja pałam tym drugim, ale jeśli ktoś jest fanem, to chyba zakup obowiązkowy.

- baklava, chałwa itp. – słodycze typowe dla tych rejonów, jeśli jesteś ich entuzjastami, to koniecznie zróbcie mały zapas.

piątek, 15 maja 2015

Druga tura wyborów prezydenckich 2015

Dobra, jeszcze raz o wyborach, bo mnie nosi.

     Mam dość, mam serdecznie dość tego syfu! Jak możecie spokojnie oglądać telewizję, słuchać radia czy czytać gazety i portale informacyjne? Nie czujecie się obrażani? Bo ja tak. Czuję się atakowana i obrażana prostackim przekazem i brutalną agitacją.
     Czy Komorowski naprawdę myśli, że ludziom głosującym na Pawła Kukiza chodziło o JOWy? Nikt mu nie powiedział w czym tkwił sukces Kukiza? Może trzeba go olśnić, że chodziło o bunt? Tak, tak, Panie Bronku, to były głosy sfrustrowanych ludzi mających już dość zakłamania weteranów naszej polityki oraz kolejnych Pana wpadek i żenujących wypowiedzi. To był mocny głos: "Jesteśmy wk*rwieni!", jeśli Pan nadal myśli, że chodziło o JOWy, to szkoda Pana nieprzespanej nocy poświęconej na przepychanie projektu. Dalej... Sztab obecnego prezydenta ma dość łatwo, wiedzą że najlepiej postraszyć ludzi powrotem PiSu do władzy. Prezydent może być najgorszy, nie mieć programu, ale przeciwnik jest z PiSu i to wystarczy. I niestety, na tym opierała się też w dużej mierze kampania Komorowskiego. Jeszcze przed pierwszą turą na Onecie były takie banery bazujące na negatywnej kampanii na rzecz Dudy – brzydzę się czymś takim!
Jaka szkoda, że nie odbędzie się debata prowadzona przez Pawła Kukiza, to byłoby ciekawe, ale sztab wiedział, że by się Broniu pogrążył, więc odpowiedź była: "to propozycja co najmniej dziwna".
Tak swoją drogą, dlaczego tak wiele osób upiera się przy tym, że debaty powinny być prowadzone przez dziennikarzy? Nie rozumiem, przecież oni od bardzo dawna nie są bezstronni. Ba! Są wręcz tak stronniczy, że to przekracza granice dobrego smaku (pozdrawiam Pana Kraśkę).
     Duda w sumie podobnie. Jego przewagą jest to, że nie jest Komorowskim. Wystarczy. Wiele osób ma już na tyle dość obecnego prezydenta, że nawet nie robi im to kim jest przeciwnik, byle na fotelu prezydenta nastąpiła zmiana. Tu też nie obyło się bez lizania d*py Kukizowi (przepraszam, ale już inaczej nie mogę nazwać tego co się działo w poniedziałek i wtorek). Nie możemy zapominać o roli Radia Maryja w którym w tym tygodniu nagle (pewnie przypadkiem) puszczali piosenkę jaką Kukiz nagrał z Yugopolis, aż strach pomyśleć co by było gdyby w wyborach startował Kostrzewki lub Darski i musieliby walczyć o ich głosy :D . Tak, tam się chyba odbywa najbardziej obrzydliwa kampania, na co pewnie nawet Duda nie ma wpływu, ale i bez której nie wszedłby do drugiej tury. Np. jeszcze przed 10. maja, niejaka Krystyna P., zwana też posłanką Pawłowicz odczytała swój felieton w którym powołując się na episkopat (!) pisze, że katolik pełni grzech głosując na Komorowskiego, obowiązkiem katolika jest głosowanie na Pana Andrzeja Dudę! Mnie ten odczyt zwalił z nóg. Cóż, o kampanii prowadzonej w wyżej wymienionym radiu to można niejedną pracę naukową napisać, ale nie chcę się nad tym rozwodzić więcej niż trzeba.
     Drodzy Panowie Duda i Komorowski, swoimi miernymi działaniami nie zdobędziecie głosów oddanych w pierwszej turze na Kukiza. Ci ludzie nie chcą Was widzieć na fotelu prezydenta. Część z nich nie pójdzie do urn w drugiej turze, część odda nieważne głosy, pozostali zaś zagłosują na jednego z Was wybierając tzw. mniejsze zło, ale oni już postanowili, więc się nie ośmieszajcie tą fałszywą sympatią do Pana Kukiza.
     Media? Wy już nie macie godności, traktujecie ludzi, swoich odbiorców jak głupie bydło. Gdy widzę to w jaki sposób agitujecie, oczerniacie i zarzucacie haczyki ze spleśniałym chlebem mając nadzieję, że ktoś się złapie, to zastanawiam się czy sami nie przystajecie do poziomu społecznego czy on jest niższy niż mi się wydaje, albo dążycie do tego by go obniżać. Wydaje mi się jednak, że z myśleniem u ludzi, zwłaszcza młodych nie jest jeszcze tak źle, może właśnie dlatego, że coraz więcej osób wyrzuca telewizory? Skąd się wziął wysoki wynik Pawła Kukiza? No przecież nie z przychylności mediów.
     Jeszcze jedna kwestia, którą chciałam poruszyć. Niezmiernie śmieszy mnie gdy słyszę jak ktoś z dumą ogłasza, że w drugiej turze odda nieważny głos. Serio myślisz, że to ma dla kogoś jakiekolwiek znaczenie? Taki jesteś buntownik? Weź się człowieku ogarnij! Odpuść sobie wybory, zrób w tym czasie coś pożytecznego, odwiedź babcię, wpadnij z wizytą do starej sąsiadki, zapytaj czy jej czegoś nie trzeba, pomyśl co już jakiś czas temu komuś obiecałeś, a jeszcze się nie wywiązałeś, to dobry moment na zrobienie tego.

wtorek, 5 maja 2015

APEL O PRZEMYŚLENIE!


Od kilku lat kompletnie nie interesuje mnie polityka, ale nie mogę już słuchać niektórych wywodów jakie trafiają do moich uszu. Temat tyczy się zbliżających wyborów. Zaczynacie snuć jakieś plany taktyczne, gadacie: "zagłosowałbym na tego, ale ten nie ma szans", "zagłosuję na tego, bo tamten wygra" itd.

Ludzie, na jakiej podstawie budujecie plany rozgrywek? Sondaży? Czy Wy wiecie jak one mogą Was zmanipulować, jak wpłynąć na wyniki wyborów? Kilka procent więcej na kandydata X w sondażu może mu pomóc w wygranej. Zastanawialiście się po co w ogóle są sondaże albo dlaczego ich wyniki tak bardzo się różnią w zależności od zleceniodawcy? Jestem pewna, że gdyby nie sondaże, wiele wyników wyborczych wyglądałoby zupełnie inaczej.

Dlatego nie sugerujcie się słupkami w TV, nie słuchajcie głupot sąsiada o zmarnowanym głosie itd. Bierzecie dowód i GŁOSUJCIE w niedzielę ZGODNIE ZE SWOIMI PRZEKONANIAMI!

czwartek, 31 maja 2012

O równości kundla i rasowego zwierza


Trafiłam dziś na jednym z poczytnych portali, na fotkę psa ze schroniska z podpisem: „Wiem, że nie jestem rasowy, ale będę Cię kochać tak samo”. Pod tym obrazkiem rozgorzała dyskusja, w której większość krzyczała, że kundel kocha mocniej, dowiedziałam się też, że psy rasowe kupują idioci, że robią to pod publiczkę, by się przed znajomymi pochwalić itd. O mało nie osiwiałam od wszystkich przeczytanych bzdur! Zaraz wam wytłumaczę jakie są różnice pomiędzy zwierzakiem ze schroniska, a tym z hodowli, dlaczego kupując psa/kota z rodowodem przyczyniamy się do ograniczenia liczby porzucanych zwierząt oraz jedną z podstawowych rzeczy której ludzie nie rozumieją, mianowicie, dlaczego tylko pupil z papierami jest rasowy.
                Tej głupoty, że jakiś zwierzak kocha bardziej, bo ma sztucznie wyselekcjonowane geny, chyba nie muszę tłumaczyć. Wielka bzdura, którą chyba niektórzy po adopcji psa czy kota chcą się dowartościować. W „rasowości” nie chodzi o samo zwierzę, bo to zawsze jest kochane i cudowne, a to jaką ideologię do rasy lub jej braku dopowiedzą ludzie.
                Przejdźmy do sedna. Co jest przyczyną tak dużej liczby zwierzaków w schroniskach? Głupota ludzka w dwóch kwestiach: kupno zwierząt poza zarejestrowanymi hodowlami i durny pogląd, że sterylizacja to okaleczanie. Najgorzej, gdy obie się połączą.
                Problem tkwi w braku świadomości. Ludzie są tak egoistyczni, że jak wymarzą sobie jakiegoś pupila, to po prostu chcą go mieć, a najlepiej jak najszybciej. Nie poczytają wcześniej o warunkach jakie powinien spełniać właściciel zwierzaka danej rasy, po prostu chcą mieć psa rasy X, nieważne skąd, mniejsza o to, że mają za małe mieszkanie, nie zapewnią mu odpowiedniej ilości ruchu, a jego utrzymanie przerośnie ich finansowo.
                No właśnie. Pochodzenie zwierzaka. I tu jest problem. Ktoś kto postanawia mieć np. yorka, zaczyna się zastanawiać skąd go wziąć. Pierwsze myśli, to ogłoszenie w gazecie, allegro itd. Tak jest najszybciej i najtaniej. Kupi taki zwierzaka zanim jeszcze zdąży pomyśleć. Nie rozumiem ludzi, którzy płacą kilkaset złotych za zwierzaka bez rodowodu, wspierając tym samym hodowanie zwierząt poza jakimkolwiek nadzorem. Jeśli Cię nie stać na zwierzę z rodowodem (czasem tylko o 20% droższym niż to co płaci się pseudohodowcy), to adoptuj sierotkę ze schroniska, będziesz miał w niej takiego samego przyjaciela jak z rodowodowego psa/kota.
                Rasowy = rodowodowy! I nie ma dyskusji! A jeśli macie ochotę nabijać kieszeń ludziom, którzy chcą zarabiać na zwierzakach idąc jednocześnie po linii najmniejszego oporu, to nie wiem czy wiecie, ale wspieracie łamanie prawa, bo rozmnażanie psów i kotów poza zarejestrowanymi hodowlami jest w Polsce od jakiegoś czasu nielegalne! No dobra, zaraz ktoś zacznie pytać, jaka jest różnica między kotem z rodowodem, a tym bez niego, który wygląda tak samo. A no właśnie, pół biedy jeśli wygląda tak samo, bo nie musi, nigdy nie masz pewności co z niego wyrośnie i nie chodzi o to, że wygląd nie ma znaczenia, rzecz w tym, że dałeś za niego kilka złotych mniej niż mógł kosztować cię kot z hodowli.
                Na pewno kiedyś trafiliście na zdjęcia z pseudohodowlii, farm psów, gdzie psiaki są po prostu produkowane, a nie rozmnażane i socjalizowane. Kupując psa na bazarku, czy nawet od kogoś u kogo w domu byliście, nie macie pewności do warunków samej hodowli. W pokoju obok mogą znajdować się klatki, zwierzaki mogą nie być pod nadzorem weterynaryjnym oraz co bardzo ważne, suczki mogą rodzić zbyt często. Nie życzę nikomu, by na własnej skórze przekonał się o konsekwencjach kupna pupilka z takiego miejsca, choroby genetyczne, skórne, przenoszone wirusowe, problemy behawioralne, to wierzchołek góry lodowej.
                Moja kuzynka nie była kiedyś przekonana do tego co teraz próbuję wam przekazać, kupiła psa, szczeniaczka, którego wypatrzyła na allegro. Do pewnego momentu wszystko było ok., ale potem coś zaczynało budzić wątpliwości. Co się okazało po szczegółowych badaniach? Obojniak. Psinka kupiona jako suczka ma też szczątkowe samcze narządy płciowe. Na szczęście wady te nie powodują większych problemów zdrowotnych i po chwilach niepewności operacja okazała się niepotrzebna. Weterynarz na prawdopodobną przyczynę wskazał zbyt bliskie pokrewieństwo matki i ojca. No przykro mi, inbred jest narzędziem, ale trzeba je umieć wykorzystać.
                No dobra, ale spójrzmy na drugą stronę – hodowla. Co jeszcze przemawia za skierowaniem tam swoich kroków? Kontrola weterynaryjna, bez niej ani rusz. Ścisła selekcja najlepszych genów jest bardzo ważna. Każdy hodowca chce mieć zwierzę, które będzie zdobywało tytuły na wystawach, ale przeciętny Kowalski dzięki temu ma pięknego pupila w domu, gdyby nie było wystaw, hodowli, a ludzie niewyedukowani w tej kwestii rozmnażaliby swoje zwierzęta, w końcu wszystkie by się skundliły i za kilkadziesiąt lat nie mielibyśmy już ras. W dobrym hodowcy możemy mieć oparcie przez długie lata, będzie nam służył radą w razie jakikolwiek problemów ze zwierzęciem. Hodowca ponosi też w końcu koszty związane z hodowlą, wyjazdy na wystawy, nie tylko krajowe, najlepsze karmy, to spory wydatek, ale hodowca wie, że są tego warte, bo to jego pasja i zarobek, chce być najlepszy. Sprzedając zwierzaka podpisuje z nowym właścicielem umowę w której zawarta jest między innymi informacja o tym czy zwierzę może być rozmnażane (do hodowli) czy nie (tzw. na kolanka). Jeśli wybieramy ten drugi wariant (zazwyczaj tańszy), musimy pupila wysterylizować (jeśli nie zostało to uczynione przez hodowcę, np. wczesna kastracja). I jeszcze jedno, żadna szanująca się hodowla nie wypuści spod swych skrzydeł kociaka który nie skończył 12, a najlepiej 14. tygodni. Nie jestem pewna jak jest z psami, ale zakładam, że podobnie. Dopiero po takim czasie maluch może zostać oddzielony od mamy, potrafi sam jeść stały, suchy pokarm i jest dostatecznie samodzielny.
Jak jest w pseudohodolach? Ciekawa sprawa. Powiedzcie mi dlaczego dachowce rozdaje się za darmo, a kota który wygląda jak np. pers sprzedaje się za kilkaset złotych? Przecież koszt ich odchowanie jest dokładnie taki sam! Rozmnażający nie ponosi żadnych innych, dodatkowych kosztów, nie może też dać żadnego dokumentu potwierdzającego fakt, że to co chce wam sprzedać, to pers. Dla takiego człowieka to czysty zysk. I to właśnie tacy ludzie żerują na was, a nie prawdziwi hodowcy!
A tak na marginesie, nie myślcie, że to koszt rodowodu tak podnosi cenę. Koszt wyrobienia rodowodu to ok. 30zł. Nie dajcie też sobie wmówić, że kot nie ma rodowodu, bo ktoś uznał, że jego wyrobienie jest zbędne i kosztowne, a dzięki temu cena jest niższa.  Jeśli kupujecie zwierzę w hodowli, to hodowca ma obowiązek wydać wam rodowód i książeczkę zdrowia! I nie ma znaczenia jak liczny był miot, rodowód dostanie każdy maluch!
Fot. Fundacja STOP pseudohodowcom

Krótko mówiąc tylko rodowód potwierdza „rasowość” zwierzęta, każdy york bez rodowodu to pies w typie yorka, każdy kot brytyjski bez rodowodu jest jedynie w typie brytyjczyka itd.
No dobra, wróćmy jednak do schronisk. Adopcja jakiegokolwiek zwierzaka jest czymś pięknym. Dajemy drugą, a czasem nawet kolejną szansę zwierzakowi, który został skrzywdzony. Myślę, że nad tym nie muszę się rozwodzić. Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że adopcja to nie taki zwierzak „z promocji” (brrr! Zabrzmiało okrutnie) i jego przygarnięcie powinno być tak samo, a może i nawet bardziej przemyślane, bo musimy mieć na uwadze jego przeszłość. Trzeba mieć świadomość, że może nie być łatwo i to nie zwierzak jest winny np. temu, że przestał ufać ludziom. Danie nadziei i odebranie jej, jest największym ciosem jaki możecie zadać każdemu żywemu stworzeniu.
                Spróbujmy więc podsumować najważniejsze rzeczy. Sterylizacja to nie okaleczanie, to jedyny słuszny wybór jeśli nie chcemy prowadzić hodowli (A tak na marginesie, możemy też w ten sposób przyczynić się do wydłużenia życia naszym pupilom, moja suczka mogłaby żyć znacznie dłużej gdyby była wysterylizowana, ale wtedy nie wiedziałam tego co wiem dziś.), nie rodzą się dzięki temu szczeniaki, których albo nikt nie chce, albo porzuca potem (oczywiście nie mówię, że to reguła).
Jeśli ktoś zapłaci niemałe pieniądze za zwierzaka z rodowodem, to jego zakup jest raczej przemyślany i psiaka nikt potem z domu nie wyrzuci.
I najważniejsze jeśli komuś nie zależy na rasowym lub go nie stać, to bierze nowego domownika ze schroniska. Prosty wybór. I problem przepełnionych schronisk rozwiązany.



poniedziałek, 7 maja 2012

Cukier w pedagogice


     Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo ważną rzecz przekazuje swoim dzieciom i że ona odciska piętno, niejednokrotnie na całym ich życiu. Mowa o nawykach żywieniowych. Temat szeroki, ale dziś chciałabym się skupić na jednym składniku, który niejednokrotnie odgrywa w domach głębszą rolę niż jedynie żywieniowa – CUKIER.
     Dziś świadomość co do spraw związanych z żywieniem jest niby duża, a rodzice wciąż popełniają te same błędy, potem dziwią się, że mają z dzieckiem problemy.
     Jakiś czas temu trafiłam na badania mówiące, że 30% spożywanego przez dzieci cukru pochodzi z cukierniczek, czyli mamy do czynienia ze zwykłym, białym cukrem, który do diety dziecka wprowadzają rodzice. Niestety nie mogę znaleźć źródła tych danych, ale przypominając sobie własne dzieciństwo, jestem w stanie stwierdzić, że ten procent jest wielce prawdopodobny. Jednak nie konkretne dane są tu ważne, a konsekwencje wynikające z nierozważnych działań rodziców, które są z kolei schematem powielanym z pokolenia na pokolenie.
     Moim zdaniem 30% to dużo biorąc pod uwagę jak wiele cukru znajduje się w innych podawanych dzieciom produktach spożywczych.
Batoniki, cukierki, rodzice tłumaczą dzieciom jakie są niezdrowe i że trzeba je ograniczać, ale jak wytłumaczyć maluchowi, że nie dostanie dziś tak uwielbianej czekolady? Może proponując coś w zamian? No właśnie, ale co? Obawiam się, że gdyby przejrzeć dokładnie skład wielu produktów podawanych zamiast małej czekoladki, okazałoby się, że wcale nie osiągamy zakładanego celu, czyli podania dziecku zdrowej przekąski. Barwniki, konserwanty to oczywiste zło czające się nawet w pozornie zdrowych produktach, np. batonikach zbożowych. Wróćmy jednak do cukru.
Producenci jogurtów przyznali ostatnio, że w ich wyrobach jest zbyt wielecukru, jednak konsumenci twierdzą, że słodki znaczy dobry, kwaśny przeciwnie. Podobno na przestrzeni kilku ostatnich lat próbuje się ograniczać cukier dodawany do jogurtów, ale trudno stwierdzić ile w tym prawdy.
     No dobra, wiemy już, że nie tylko słodycze, ale i jogurty, napoje i pewnie wiele innych produktów, których byśmy o to nie podejrzewali, zawierają sporo cukru.
Jednak ten słodki proszek wcale nie musi się kamuflować by trafić na talerze naszych dzieci.
Dlaczego? Rodzice sami uwielbiają podawać go dzieciom! Sypią go dużo, gdzie się tylko da, bez skrępowania, a chwilę później mówią synkowi, że nie dostanie dziś czekolady, bo słodycze są niezdrowe – ot, jedna z wielu rodzicielskich niekonsekwencji w działaniu.
     Skąd się bierze te 30%? Z przeświadczenia, że wszystko co posypiemy cukrem, zostanie przez dziecko zjedzone ze smakiem. Marysi nie smakuje twarożek na kanapce? Oj, no to posypmy go cukrem! Tomeczek grymasi nad pomidorem? Cukier załatwi sprawę! Już nie wystarcza podawanie słodkich kompotów, dżemów, bo rodzic ma przekonanie, że im coś będzie słodsze, tym chętniej niejadka do tego przekonać. Wielka bzdura i niebezpieczna pułapka. W pewnym momencie okazuje się, że mamy poważny problem, bo tak jak mieliśmy niejadka, tak mamy nadal, tylko z przekonaniem do zdrowych czy nieznanych maluchowi potraw jest coraz ciężej. Dziecko wie, że jeśli będzie dostatecznie długo grymasiło nad mięsem i brukselką, to np. „kochająca” babcia stwierdzi, że dość znęcania się nad biednym wnuczkiem i przygotuje mu jego ulubione naleśniki z cukrem. Nie liczmy na to, że takie dziecko kiedyś nagle polubi warzywa i inne zdrowe rzeczy, których w dzieciństwie nie jadło.
     Musimy mieć świadomość, że nawyki żywieniowe, to szereg przyzwyczajeń nabywanych przez lata. Trudno je zmienić z dnia na dzień i niełatwo na przestrzeni dłuższego czasu. Macie wątpliwości? Ok. Kto z Was słodzi herbatę? Dlaczego to robicie? Bo jest zdrowsza? No raczej nie. A ja Wam powiem! Pijecie słodką herbatę, bo tylko taką znacie, taką polubiliście, najprawdopodobniej taką podawała Wam mama. Oczywiście ona robiła to dlatego, że sama taką piła. Nie mówcie, że słodka jest lepsza, bo Wasze odczucie jest tylko kwestią przyzwyczajenia. Ja przestałam słodzić herbatę dość przypadkowo ponad 17 lat temu, gdy miałam 6 lat, co dla otoczenia było szokiem. „Jak to nie słodzisz?” – słyszałam, bo przecież większość słodzi, a dzieci to już w ogóle nie mogą lubić gorzkiej herbaty! Dlatego ja mogę powiedzieć, że słodka nie jest lepsza i co, będziemy się sprzeczać? Nie, bo nie o to chodzi. Jednak chcę Wam udowodnić, że kształtując nawyki żywieniowe dziecka zaczynacie od czystej kartki i naprawdę łatwo możecie je przekonać do zdrowych rzeczy.
Mój tata w młodości przez dłuższy czas musiał być na diecie z której wyłączona była sól. Jadł odrębnie gotowanie obiady, które na początku niezbyt mu smakowały, ale szybko przywykł do nowego smaku potraw. Kiedy lekarz orzekł, że sól może wrócić do jego diety, przeżywał katorgę powrotu do „tego co jedzą wszyscy”, każdy obiad wydawał się tak słony, że wręcz niejadalny. I co, myślicie, że gdy dziecko nabawi się nadwagi, będzie miało problemy z zębami lub w skrajnych przypadkach, choć zdarza się to coraz częściej, już w młodym wieku będzie miało zbyt wysoki poziom cukru we krwi, to wtedy łatwo będzie zmienić jego dietę?
     Może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego my to właściwie robimy (mam na myśli naszą kulturę), dlaczego przyzwyczajamy swoje organizmy do dawkowania zbyt dużej ilości czegoś co nam nie służy? Po co słodzimy coś, co dosładzania nie wymaga? Zostawmy cukier w słodyczach, bo w sumie po to one są, by były słodkie, ale nie dosypujmy go wszędzie tylko po to, by przekonać dziecko do zjedzenia tej czy innej potrawy. Poza tym, to nie zawsze działa. Z osobistego doświadczenia powiem, że mi w ten sposób na długie lata obrzydzono właśnie pomidora, ponieważ nie chciałam go nawet spróbować, mama posypała mi go cukrem (podobnie z ogórkiem! Fuuu!), uwierzcie, że to było na tyle paskudne, że dopiero gdy sama zaczęłam gotować, sięgnęłam po pomidora i przekonałam się, że nie jest taki zły, oczywiście bez dodatku cukru.
     No dobra, to była osobista refleksja, ale mająca Was przekonać byście i Wy zastanowili się, po co właściwie słodzicie niektóre potrawy. Zaprawdę powiadam Wam, warzywa, napoje, nabiał i wiele innych produktów spełniają świetnie swoją rolę bez dodatku słodkiego proszku. Osładzanie nam życia zostawmy słodyczom, bo po to one są. Jeśli nie potraficie zrezygnować z dosypywania sacharydów do czego tylko się da, to spróbujecie je chociaż stopniowo ograniczyć, dla swojego dobra, ale i zdrowia swoich dzieci, bo o zatrważającej liczbie otyłych młodych ludzi na pewno słyszeliście.
     Nie stosujecie cukru jako narzędzia pedagogicznego, bo może się okazać, że będzie to zgubne i przyniesie rezultaty odwrotne do oczekiwanych.
     I jeszcze jedno, wiem że niektórzy po przeczytaniu stwierdzą, że dramatyzuję, przesadzam itd. To nie tak. Ja tylko pragnę Wam uświadomić, jak wielki wpływ, mimo że często nieświadomy, macie na swoje dzieci, na ich tryb życia, a nawet zdrowie w dorosłym życiu.