poniedziałek, 20 lutego 2012

Promocja antyrodzinna

Wiele osób pragnie zaistnieć w mediach, zabłysnąć w blasku reflektorów, bądź po prostu zarobić. Jednak sprawa nie jest taka łatwa gdy nie ma się żadnego talentu, bądź rozsądnego pomysłu na osiągnięcie celu. Wiele dzieci sławnych rodziców lub żon znanych mężów próbuje ugrzać się przy okazji sławy bliskich. Co jednak zrobić, gdy mąż, matka, brat czy dziecko nie chcą pomóc w promocji? Wtedy zaczynają się żenujące przedstawienia.
Wiadomo, że media żyją sensacją, szukają dziury w całym, by tylko zdobyć materiał na którym da się zarobić, są jednak celebryci, którzy sami chętnie dostarczą ciekawych informacji, by tylko ktoś ich dostrzegł i chyba przy okazji zrekompensował kompleks niższości.
Oprę się na dwóch całkowicie innych przykładach z naszego rodzimego podwórka.
Pierwszy, który mnie jakoś specjalnie nie zaskoczył. Mało znany przyrodni brat polskiej piosenkarki, syn znanego kompozytora. Od dawna przejawiał zainteresowanie muzyką, mimo tego tatuś nie pomógł w karierze. Po śmierci ojca, Piotr K. postanawia się wybić wszelkimi sposobami. Nagrywa fatalną płytę, której promocja polega na pogrążaniu znanej siostry i robieniu z siebie ofiary. Tata nie żyje, więc nic nie stoi na przeszkodzie wstąpienia na wojenną ścieżkę z własną rodziną. Wywiad za wywiadem, zarzuty, żale i wszystko co tylko może wzbudzać emocje. Publiczna pralnia brudów otwarta dla wszystkich przy każdej możliwej okazji. Co na to siostra? Ano nic, bo ma klasę i szacunek dla pamięci zmarłego ojca, dlatego używanie jego nazwiska w kontekście jakiejkolwiek publicznej walki, czy to o pieniądze, czy o sławę po prostu nie ma miejsca. Ludzie zawsze będą wiedzieli lepiej kto ma rację. Mnie totalnie nie interesuje spadek po Panu K., żale nędznego śpiewaka o to, że siostra Natalia nie chce mu pomóc w karierze. Ja nie jestem od wyrokowania, bo to osobiste zagrywki, prywatne życie oraz wyciąganie przez jedną stronę wyselekcjonowanych informacji (nie wiadomo nawet czy prawdziwych), nigdy nie będziemy wiedzieli wszystkiego i bardzo dobrze. Nie w tym rzecz. Ja jako obserwator mogę natomiast ocenić sam fakt żenującej autopromocji. Nie rozumiem, jak ludzie mogą budować swój wizerunek na oczernianiu innych, tym bardziej rodziny.
Drugi przypadek nieco mnie zaskoczył, choć chyba nie tylko mnie.
Autobiografia – to taka forma literacka, w której przyjęło się zawierać informacje szokujące, niewygodne i generalnie mające podnieść sprzedaż książki. A jeśli taką spowiedź pisze żona byłego prezydenta, to musi zrobić się szum. "Marzenia i tajemnice" – to książka której nie przeczytałam i której nie mam zamiaru nabyć. W tej chwili będę opierała się jedynie na informacjach o fragmentach wrzuconych do sieci oraz tym co pisali ludzie którzy wypociny prezydentowej przeczytali, nie sądzę jednak by były to informacje fałszywe. Niesmak. To chyba jedyne słowo jakie przychodzi mi na myśl. Zastanawiam się po co wydawać książkę o zwyczajnym życiu dość zwyczajnej kobiety, bo mimo że jej mąż obrósł legendą, to Danuta Wałęsa prowadziła dość zwyczajne życie na własne życzenie, co podkreśla. Kobieta zajmowała się domem, wychowaniem dzieci i tak dalej. Chciała tego, wspierała męża, nawet odebrała w jego imieniu Nagrodę Nobla, by wiele lat później rozpaczliwie pisać o swojej samotności, rozgoryczeniu, zazdrości o uwagę męża i w końcu by w rozmowie z dziennikarką powiedzieć: "Czasem myślę, że on mnie nigdy nie kochał. Tyle spraw było ode mnie ważniejszych". Czy ludzie chcą o tym wiedzieć? Jak spojrzą na kobietę, która tak mówi o mężu, którego tak wiele osób nazywa bohaterem? Podejmuje wielkie ryzyko. Kto doceni szczerość, a kto przestanie darzyć sympatią i uzna za wyrodną i niewspierającą męża żonę?
Na pytanie czy wydanie tej książki jest próbą zaistnienia, wyjścia z cienia, pani prezydentowa odpowiada: "Absolutnie nie. Ja lubię być pół kroku z tyłu, mnie to odpowiada." Czy tylko mnie to się jakoś nie klei?
Wciąż zagadką są dla mnie motywy napisania tej autobiografii. Naprawdę duże ryzyko, jestem bardzo ciekawa jak ludzie to przyjmą.

Czy te dwa dość różne przypadki można porównywać? Myślę, że tak. W mojej ocenie, wydanie wspomnień i szczere wyznania osoby w pewnym wieku, która niewątpliwie swoje przeżyła, mimo że osobiście zbyt wielu dokonań na koncie nie ma, są do przyjęcia, natomiast zaczynanie „kariery” od burzenia i oskarżania jest po prostu słabe i pogrąża na starcie.

Czy niektórzy naprawdę nie rozumieją, że najpierw trzeba zdobyć szacunek, by ludzie brali nas na poważnie i liczyli się z naszym zdaniem? Media mają to do siebie, że przeżują i wyplują, jeśli nie masz wiele do zaoferowania, to w świadomości ludzi za kilka lat, jeśli w ogóle cię zapamiętają, zostaniesz "tym mniej zdolnym za to bardziej pyskatym bratem" albo po prostu celebtytą, bo to dobre określenie na tych znanych z czegoś, tylko nikt nie wie z czego.
Drodzy, początkujący piosenkarze, aktorzy i inni, nie idźcie tą drogą albo od razu powiedzcie, że chodzi wam tylko o kasę.