czwartek, 31 maja 2012

O równości kundla i rasowego zwierza


Trafiłam dziś na jednym z poczytnych portali, na fotkę psa ze schroniska z podpisem: „Wiem, że nie jestem rasowy, ale będę Cię kochać tak samo”. Pod tym obrazkiem rozgorzała dyskusja, w której większość krzyczała, że kundel kocha mocniej, dowiedziałam się też, że psy rasowe kupują idioci, że robią to pod publiczkę, by się przed znajomymi pochwalić itd. O mało nie osiwiałam od wszystkich przeczytanych bzdur! Zaraz wam wytłumaczę jakie są różnice pomiędzy zwierzakiem ze schroniska, a tym z hodowli, dlaczego kupując psa/kota z rodowodem przyczyniamy się do ograniczenia liczby porzucanych zwierząt oraz jedną z podstawowych rzeczy której ludzie nie rozumieją, mianowicie, dlaczego tylko pupil z papierami jest rasowy.
                Tej głupoty, że jakiś zwierzak kocha bardziej, bo ma sztucznie wyselekcjonowane geny, chyba nie muszę tłumaczyć. Wielka bzdura, którą chyba niektórzy po adopcji psa czy kota chcą się dowartościować. W „rasowości” nie chodzi o samo zwierzę, bo to zawsze jest kochane i cudowne, a to jaką ideologię do rasy lub jej braku dopowiedzą ludzie.
                Przejdźmy do sedna. Co jest przyczyną tak dużej liczby zwierzaków w schroniskach? Głupota ludzka w dwóch kwestiach: kupno zwierząt poza zarejestrowanymi hodowlami i durny pogląd, że sterylizacja to okaleczanie. Najgorzej, gdy obie się połączą.
                Problem tkwi w braku świadomości. Ludzie są tak egoistyczni, że jak wymarzą sobie jakiegoś pupila, to po prostu chcą go mieć, a najlepiej jak najszybciej. Nie poczytają wcześniej o warunkach jakie powinien spełniać właściciel zwierzaka danej rasy, po prostu chcą mieć psa rasy X, nieważne skąd, mniejsza o to, że mają za małe mieszkanie, nie zapewnią mu odpowiedniej ilości ruchu, a jego utrzymanie przerośnie ich finansowo.
                No właśnie. Pochodzenie zwierzaka. I tu jest problem. Ktoś kto postanawia mieć np. yorka, zaczyna się zastanawiać skąd go wziąć. Pierwsze myśli, to ogłoszenie w gazecie, allegro itd. Tak jest najszybciej i najtaniej. Kupi taki zwierzaka zanim jeszcze zdąży pomyśleć. Nie rozumiem ludzi, którzy płacą kilkaset złotych za zwierzaka bez rodowodu, wspierając tym samym hodowanie zwierząt poza jakimkolwiek nadzorem. Jeśli Cię nie stać na zwierzę z rodowodem (czasem tylko o 20% droższym niż to co płaci się pseudohodowcy), to adoptuj sierotkę ze schroniska, będziesz miał w niej takiego samego przyjaciela jak z rodowodowego psa/kota.
                Rasowy = rodowodowy! I nie ma dyskusji! A jeśli macie ochotę nabijać kieszeń ludziom, którzy chcą zarabiać na zwierzakach idąc jednocześnie po linii najmniejszego oporu, to nie wiem czy wiecie, ale wspieracie łamanie prawa, bo rozmnażanie psów i kotów poza zarejestrowanymi hodowlami jest w Polsce od jakiegoś czasu nielegalne! No dobra, zaraz ktoś zacznie pytać, jaka jest różnica między kotem z rodowodem, a tym bez niego, który wygląda tak samo. A no właśnie, pół biedy jeśli wygląda tak samo, bo nie musi, nigdy nie masz pewności co z niego wyrośnie i nie chodzi o to, że wygląd nie ma znaczenia, rzecz w tym, że dałeś za niego kilka złotych mniej niż mógł kosztować cię kot z hodowli.
                Na pewno kiedyś trafiliście na zdjęcia z pseudohodowlii, farm psów, gdzie psiaki są po prostu produkowane, a nie rozmnażane i socjalizowane. Kupując psa na bazarku, czy nawet od kogoś u kogo w domu byliście, nie macie pewności do warunków samej hodowli. W pokoju obok mogą znajdować się klatki, zwierzaki mogą nie być pod nadzorem weterynaryjnym oraz co bardzo ważne, suczki mogą rodzić zbyt często. Nie życzę nikomu, by na własnej skórze przekonał się o konsekwencjach kupna pupilka z takiego miejsca, choroby genetyczne, skórne, przenoszone wirusowe, problemy behawioralne, to wierzchołek góry lodowej.
                Moja kuzynka nie była kiedyś przekonana do tego co teraz próbuję wam przekazać, kupiła psa, szczeniaczka, którego wypatrzyła na allegro. Do pewnego momentu wszystko było ok., ale potem coś zaczynało budzić wątpliwości. Co się okazało po szczegółowych badaniach? Obojniak. Psinka kupiona jako suczka ma też szczątkowe samcze narządy płciowe. Na szczęście wady te nie powodują większych problemów zdrowotnych i po chwilach niepewności operacja okazała się niepotrzebna. Weterynarz na prawdopodobną przyczynę wskazał zbyt bliskie pokrewieństwo matki i ojca. No przykro mi, inbred jest narzędziem, ale trzeba je umieć wykorzystać.
                No dobra, ale spójrzmy na drugą stronę – hodowla. Co jeszcze przemawia za skierowaniem tam swoich kroków? Kontrola weterynaryjna, bez niej ani rusz. Ścisła selekcja najlepszych genów jest bardzo ważna. Każdy hodowca chce mieć zwierzę, które będzie zdobywało tytuły na wystawach, ale przeciętny Kowalski dzięki temu ma pięknego pupila w domu, gdyby nie było wystaw, hodowli, a ludzie niewyedukowani w tej kwestii rozmnażaliby swoje zwierzęta, w końcu wszystkie by się skundliły i za kilkadziesiąt lat nie mielibyśmy już ras. W dobrym hodowcy możemy mieć oparcie przez długie lata, będzie nam służył radą w razie jakikolwiek problemów ze zwierzęciem. Hodowca ponosi też w końcu koszty związane z hodowlą, wyjazdy na wystawy, nie tylko krajowe, najlepsze karmy, to spory wydatek, ale hodowca wie, że są tego warte, bo to jego pasja i zarobek, chce być najlepszy. Sprzedając zwierzaka podpisuje z nowym właścicielem umowę w której zawarta jest między innymi informacja o tym czy zwierzę może być rozmnażane (do hodowli) czy nie (tzw. na kolanka). Jeśli wybieramy ten drugi wariant (zazwyczaj tańszy), musimy pupila wysterylizować (jeśli nie zostało to uczynione przez hodowcę, np. wczesna kastracja). I jeszcze jedno, żadna szanująca się hodowla nie wypuści spod swych skrzydeł kociaka który nie skończył 12, a najlepiej 14. tygodni. Nie jestem pewna jak jest z psami, ale zakładam, że podobnie. Dopiero po takim czasie maluch może zostać oddzielony od mamy, potrafi sam jeść stały, suchy pokarm i jest dostatecznie samodzielny.
Jak jest w pseudohodolach? Ciekawa sprawa. Powiedzcie mi dlaczego dachowce rozdaje się za darmo, a kota który wygląda jak np. pers sprzedaje się za kilkaset złotych? Przecież koszt ich odchowanie jest dokładnie taki sam! Rozmnażający nie ponosi żadnych innych, dodatkowych kosztów, nie może też dać żadnego dokumentu potwierdzającego fakt, że to co chce wam sprzedać, to pers. Dla takiego człowieka to czysty zysk. I to właśnie tacy ludzie żerują na was, a nie prawdziwi hodowcy!
A tak na marginesie, nie myślcie, że to koszt rodowodu tak podnosi cenę. Koszt wyrobienia rodowodu to ok. 30zł. Nie dajcie też sobie wmówić, że kot nie ma rodowodu, bo ktoś uznał, że jego wyrobienie jest zbędne i kosztowne, a dzięki temu cena jest niższa.  Jeśli kupujecie zwierzę w hodowli, to hodowca ma obowiązek wydać wam rodowód i książeczkę zdrowia! I nie ma znaczenia jak liczny był miot, rodowód dostanie każdy maluch!
Fot. Fundacja STOP pseudohodowcom

Krótko mówiąc tylko rodowód potwierdza „rasowość” zwierzęta, każdy york bez rodowodu to pies w typie yorka, każdy kot brytyjski bez rodowodu jest jedynie w typie brytyjczyka itd.
No dobra, wróćmy jednak do schronisk. Adopcja jakiegokolwiek zwierzaka jest czymś pięknym. Dajemy drugą, a czasem nawet kolejną szansę zwierzakowi, który został skrzywdzony. Myślę, że nad tym nie muszę się rozwodzić. Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że adopcja to nie taki zwierzak „z promocji” (brrr! Zabrzmiało okrutnie) i jego przygarnięcie powinno być tak samo, a może i nawet bardziej przemyślane, bo musimy mieć na uwadze jego przeszłość. Trzeba mieć świadomość, że może nie być łatwo i to nie zwierzak jest winny np. temu, że przestał ufać ludziom. Danie nadziei i odebranie jej, jest największym ciosem jaki możecie zadać każdemu żywemu stworzeniu.
                Spróbujmy więc podsumować najważniejsze rzeczy. Sterylizacja to nie okaleczanie, to jedyny słuszny wybór jeśli nie chcemy prowadzić hodowli (A tak na marginesie, możemy też w ten sposób przyczynić się do wydłużenia życia naszym pupilom, moja suczka mogłaby żyć znacznie dłużej gdyby była wysterylizowana, ale wtedy nie wiedziałam tego co wiem dziś.), nie rodzą się dzięki temu szczeniaki, których albo nikt nie chce, albo porzuca potem (oczywiście nie mówię, że to reguła).
Jeśli ktoś zapłaci niemałe pieniądze za zwierzaka z rodowodem, to jego zakup jest raczej przemyślany i psiaka nikt potem z domu nie wyrzuci.
I najważniejsze jeśli komuś nie zależy na rasowym lub go nie stać, to bierze nowego domownika ze schroniska. Prosty wybór. I problem przepełnionych schronisk rozwiązany.



poniedziałek, 7 maja 2012

Cukier w pedagogice


     Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo ważną rzecz przekazuje swoim dzieciom i że ona odciska piętno, niejednokrotnie na całym ich życiu. Mowa o nawykach żywieniowych. Temat szeroki, ale dziś chciałabym się skupić na jednym składniku, który niejednokrotnie odgrywa w domach głębszą rolę niż jedynie żywieniowa – CUKIER.
     Dziś świadomość co do spraw związanych z żywieniem jest niby duża, a rodzice wciąż popełniają te same błędy, potem dziwią się, że mają z dzieckiem problemy.
     Jakiś czas temu trafiłam na badania mówiące, że 30% spożywanego przez dzieci cukru pochodzi z cukierniczek, czyli mamy do czynienia ze zwykłym, białym cukrem, który do diety dziecka wprowadzają rodzice. Niestety nie mogę znaleźć źródła tych danych, ale przypominając sobie własne dzieciństwo, jestem w stanie stwierdzić, że ten procent jest wielce prawdopodobny. Jednak nie konkretne dane są tu ważne, a konsekwencje wynikające z nierozważnych działań rodziców, które są z kolei schematem powielanym z pokolenia na pokolenie.
     Moim zdaniem 30% to dużo biorąc pod uwagę jak wiele cukru znajduje się w innych podawanych dzieciom produktach spożywczych.
Batoniki, cukierki, rodzice tłumaczą dzieciom jakie są niezdrowe i że trzeba je ograniczać, ale jak wytłumaczyć maluchowi, że nie dostanie dziś tak uwielbianej czekolady? Może proponując coś w zamian? No właśnie, ale co? Obawiam się, że gdyby przejrzeć dokładnie skład wielu produktów podawanych zamiast małej czekoladki, okazałoby się, że wcale nie osiągamy zakładanego celu, czyli podania dziecku zdrowej przekąski. Barwniki, konserwanty to oczywiste zło czające się nawet w pozornie zdrowych produktach, np. batonikach zbożowych. Wróćmy jednak do cukru.
Producenci jogurtów przyznali ostatnio, że w ich wyrobach jest zbyt wielecukru, jednak konsumenci twierdzą, że słodki znaczy dobry, kwaśny przeciwnie. Podobno na przestrzeni kilku ostatnich lat próbuje się ograniczać cukier dodawany do jogurtów, ale trudno stwierdzić ile w tym prawdy.
     No dobra, wiemy już, że nie tylko słodycze, ale i jogurty, napoje i pewnie wiele innych produktów, których byśmy o to nie podejrzewali, zawierają sporo cukru.
Jednak ten słodki proszek wcale nie musi się kamuflować by trafić na talerze naszych dzieci.
Dlaczego? Rodzice sami uwielbiają podawać go dzieciom! Sypią go dużo, gdzie się tylko da, bez skrępowania, a chwilę później mówią synkowi, że nie dostanie dziś czekolady, bo słodycze są niezdrowe – ot, jedna z wielu rodzicielskich niekonsekwencji w działaniu.
     Skąd się bierze te 30%? Z przeświadczenia, że wszystko co posypiemy cukrem, zostanie przez dziecko zjedzone ze smakiem. Marysi nie smakuje twarożek na kanapce? Oj, no to posypmy go cukrem! Tomeczek grymasi nad pomidorem? Cukier załatwi sprawę! Już nie wystarcza podawanie słodkich kompotów, dżemów, bo rodzic ma przekonanie, że im coś będzie słodsze, tym chętniej niejadka do tego przekonać. Wielka bzdura i niebezpieczna pułapka. W pewnym momencie okazuje się, że mamy poważny problem, bo tak jak mieliśmy niejadka, tak mamy nadal, tylko z przekonaniem do zdrowych czy nieznanych maluchowi potraw jest coraz ciężej. Dziecko wie, że jeśli będzie dostatecznie długo grymasiło nad mięsem i brukselką, to np. „kochająca” babcia stwierdzi, że dość znęcania się nad biednym wnuczkiem i przygotuje mu jego ulubione naleśniki z cukrem. Nie liczmy na to, że takie dziecko kiedyś nagle polubi warzywa i inne zdrowe rzeczy, których w dzieciństwie nie jadło.
     Musimy mieć świadomość, że nawyki żywieniowe, to szereg przyzwyczajeń nabywanych przez lata. Trudno je zmienić z dnia na dzień i niełatwo na przestrzeni dłuższego czasu. Macie wątpliwości? Ok. Kto z Was słodzi herbatę? Dlaczego to robicie? Bo jest zdrowsza? No raczej nie. A ja Wam powiem! Pijecie słodką herbatę, bo tylko taką znacie, taką polubiliście, najprawdopodobniej taką podawała Wam mama. Oczywiście ona robiła to dlatego, że sama taką piła. Nie mówcie, że słodka jest lepsza, bo Wasze odczucie jest tylko kwestią przyzwyczajenia. Ja przestałam słodzić herbatę dość przypadkowo ponad 17 lat temu, gdy miałam 6 lat, co dla otoczenia było szokiem. „Jak to nie słodzisz?” – słyszałam, bo przecież większość słodzi, a dzieci to już w ogóle nie mogą lubić gorzkiej herbaty! Dlatego ja mogę powiedzieć, że słodka nie jest lepsza i co, będziemy się sprzeczać? Nie, bo nie o to chodzi. Jednak chcę Wam udowodnić, że kształtując nawyki żywieniowe dziecka zaczynacie od czystej kartki i naprawdę łatwo możecie je przekonać do zdrowych rzeczy.
Mój tata w młodości przez dłuższy czas musiał być na diecie z której wyłączona była sól. Jadł odrębnie gotowanie obiady, które na początku niezbyt mu smakowały, ale szybko przywykł do nowego smaku potraw. Kiedy lekarz orzekł, że sól może wrócić do jego diety, przeżywał katorgę powrotu do „tego co jedzą wszyscy”, każdy obiad wydawał się tak słony, że wręcz niejadalny. I co, myślicie, że gdy dziecko nabawi się nadwagi, będzie miało problemy z zębami lub w skrajnych przypadkach, choć zdarza się to coraz częściej, już w młodym wieku będzie miało zbyt wysoki poziom cukru we krwi, to wtedy łatwo będzie zmienić jego dietę?
     Może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego my to właściwie robimy (mam na myśli naszą kulturę), dlaczego przyzwyczajamy swoje organizmy do dawkowania zbyt dużej ilości czegoś co nam nie służy? Po co słodzimy coś, co dosładzania nie wymaga? Zostawmy cukier w słodyczach, bo w sumie po to one są, by były słodkie, ale nie dosypujmy go wszędzie tylko po to, by przekonać dziecko do zjedzenia tej czy innej potrawy. Poza tym, to nie zawsze działa. Z osobistego doświadczenia powiem, że mi w ten sposób na długie lata obrzydzono właśnie pomidora, ponieważ nie chciałam go nawet spróbować, mama posypała mi go cukrem (podobnie z ogórkiem! Fuuu!), uwierzcie, że to było na tyle paskudne, że dopiero gdy sama zaczęłam gotować, sięgnęłam po pomidora i przekonałam się, że nie jest taki zły, oczywiście bez dodatku cukru.
     No dobra, to była osobista refleksja, ale mająca Was przekonać byście i Wy zastanowili się, po co właściwie słodzicie niektóre potrawy. Zaprawdę powiadam Wam, warzywa, napoje, nabiał i wiele innych produktów spełniają świetnie swoją rolę bez dodatku słodkiego proszku. Osładzanie nam życia zostawmy słodyczom, bo po to one są. Jeśli nie potraficie zrezygnować z dosypywania sacharydów do czego tylko się da, to spróbujecie je chociaż stopniowo ograniczyć, dla swojego dobra, ale i zdrowia swoich dzieci, bo o zatrważającej liczbie otyłych młodych ludzi na pewno słyszeliście.
     Nie stosujecie cukru jako narzędzia pedagogicznego, bo może się okazać, że będzie to zgubne i przyniesie rezultaty odwrotne do oczekiwanych.
     I jeszcze jedno, wiem że niektórzy po przeczytaniu stwierdzą, że dramatyzuję, przesadzam itd. To nie tak. Ja tylko pragnę Wam uświadomić, jak wielki wpływ, mimo że często nieświadomy, macie na swoje dzieci, na ich tryb życia, a nawet zdrowie w dorosłym życiu.

wtorek, 6 marca 2012

Dzisiejsza sztuka = beczka g***a?

     Tytuł moich rozważań tylko brzmi jak prowokacja, w rzeczywistości to odwołanie do pewnego wydarzenia opisanego m.in. tu. Dla tych którym nie chce się klikać, tłumaczę, że pewien Holender dostał z Unii grant na swój artystyczny projekt, który polegał na umieszczeniu odchodów słonia w beczce.
     Może wielu z Was oburzy się, że pieniądze z naszych podatków idą na tak gówniane cele. Osobiście już dawno przestałam wierzyć mądry i względnie sprawiedliwy podział środków finansowych, którymi zarządza władza, więc nawet nie to mnie zainteresowało, bo sumie i tak nie mamy wpływu, czy naszą kasę dadzą na wojnę w Afganistanie czy na beczkę gówna (czy tylko ja mam wrażenie, że to brzmi niemal symbolicznie?). Bardziej interesuje mnie kierunek w jakim podążą sztuka.
     Czytałam kiedyś artykuł, w którym opisywano w jaki sposób zniszczono bardzo wartościowe dzieła w muzeach. Najczęściej do tego przyczyniały się ekipy sprzątające. I bynajmniej nie chodziło o strącenie drogocennej wazy. Nie pamiętam wszystkich przypadków, jedynie jeden. Sprzątaczka usunęła z jakiejś wazy osad wapienny. Tak, nalot na misie był dziełem sztuki wycenianym na ponad milion dolców!
Powiedzcie mi teraz, czy przeciętny człowiek, np. taka sprzątaczka, jest mniej inteligentny niż kiedyś, czy to sztuka stoczyła się do rynsztoku?
     Mam wrażenie, że ze sztuką ostatnio to jest jak z maturą. Kiedyś sztuka dostępna tylko dla elit, dziś jest tak powszechna, że straciła poziom i prestiż. Każdy może robić sztukę, a właściwie robić "coś" i nazywać to sztuką. To oczywiście spore uproszczenie, bo zdarzają się fantastyczni artyści z niezaprzeczalnym talentem, mówię jednak o ogólnym kierunku.
     Uproszczony schemat:

  •  XVI/XVII w. taki Caravaggio maluje sobie np. "Złożenie do grobu", każdy się zachwyca, piękno widzi i wieśniak i mieszczanin i magnat.
    Tworzy artysta, bo byle burak nie da rady.
    [W sumie można by zacząć od Wenus z Milo albo jeszcze dalej, ale generalnie do XX w. wszystko toczyło się spokojnym i logicznym rytmem]
  • A potem nadszedł XX w. i zaczęło się dziać.
    Weźmy Warhola, zmienia się priorytet sztuki, już nie chodzi tylko o estetykę. Prostota i oryginalność wiodą prym. Lubię colę - maluję ją, jem zupę - maluję Campbell's. Liczy się nie sam efekt, a tworzenie i osoba samego artysty. To chyba wtedy sztuka się otworzyła, co miało liczne konsekwencje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, bo każdy mógł wpłynąć na ocean artystycznych działań.
    [Żeby nie było, nie mówię, że Andy nie zasługuje na miano artysty, wręcz przeciwnie, był to człowiek może i szalony w swoich wizjach ale i genialny, wszechstronny. Pomijam już nawet wpływ jaki wywarł na tak wiele dziedzin sztuki.]
  • Czasy współczesne. Ocean sztuki wylał się na wszystkie dziedziny życia, a jak wylał to i moim zdaniem spłycił. Dziś każdy może być artystą i w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby ludzie nie zapominali o celach jakie sztuka powinna stawiać, bo jakieś chyba powinna, nie? Czasem nie zachwyca wizualnie - ok. No to może otwiera umysł? Niekoniecznie. Daje do myślenia? No chyba tylko "O co właściwie chodzi?". Szokuje, czyli wzbudza jakieś emocje? Też już rzadko. No chyba że... Chyba, że ktoś nazywa sztuką happeningi w stylu tego imbecyla z Kostaryki, który w imię sztuki zagłodził psa.



po lewej: Jan Matejko, Rejtan – Upadek Polski, 1866
po prawej: Andrzej Wróblewski, Niebo nad górami, 1948

Więc jak, idziemy w dobrym kierunku? Sztuka ma granice? Jeśli tak, to dlaczego każde pokolenie je przesuwa? Dlaczego sztukę coraz trudniej nazywać utożsamiać kulturą, której częścią powinna być? Mam jeszcze wiele innych pytań, tyle że odpowiedzi dane dziś, jutro nie będą aktualne, jeśli w ogóle da się udzielić odpowiedzi.

Może ktoś jednak ma ochotę podjąć wyzwanie i podyskutować. Zapraszam.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Promocja antyrodzinna

Wiele osób pragnie zaistnieć w mediach, zabłysnąć w blasku reflektorów, bądź po prostu zarobić. Jednak sprawa nie jest taka łatwa gdy nie ma się żadnego talentu, bądź rozsądnego pomysłu na osiągnięcie celu. Wiele dzieci sławnych rodziców lub żon znanych mężów próbuje ugrzać się przy okazji sławy bliskich. Co jednak zrobić, gdy mąż, matka, brat czy dziecko nie chcą pomóc w promocji? Wtedy zaczynają się żenujące przedstawienia.
Wiadomo, że media żyją sensacją, szukają dziury w całym, by tylko zdobyć materiał na którym da się zarobić, są jednak celebryci, którzy sami chętnie dostarczą ciekawych informacji, by tylko ktoś ich dostrzegł i chyba przy okazji zrekompensował kompleks niższości.
Oprę się na dwóch całkowicie innych przykładach z naszego rodzimego podwórka.
Pierwszy, który mnie jakoś specjalnie nie zaskoczył. Mało znany przyrodni brat polskiej piosenkarki, syn znanego kompozytora. Od dawna przejawiał zainteresowanie muzyką, mimo tego tatuś nie pomógł w karierze. Po śmierci ojca, Piotr K. postanawia się wybić wszelkimi sposobami. Nagrywa fatalną płytę, której promocja polega na pogrążaniu znanej siostry i robieniu z siebie ofiary. Tata nie żyje, więc nic nie stoi na przeszkodzie wstąpienia na wojenną ścieżkę z własną rodziną. Wywiad za wywiadem, zarzuty, żale i wszystko co tylko może wzbudzać emocje. Publiczna pralnia brudów otwarta dla wszystkich przy każdej możliwej okazji. Co na to siostra? Ano nic, bo ma klasę i szacunek dla pamięci zmarłego ojca, dlatego używanie jego nazwiska w kontekście jakiejkolwiek publicznej walki, czy to o pieniądze, czy o sławę po prostu nie ma miejsca. Ludzie zawsze będą wiedzieli lepiej kto ma rację. Mnie totalnie nie interesuje spadek po Panu K., żale nędznego śpiewaka o to, że siostra Natalia nie chce mu pomóc w karierze. Ja nie jestem od wyrokowania, bo to osobiste zagrywki, prywatne życie oraz wyciąganie przez jedną stronę wyselekcjonowanych informacji (nie wiadomo nawet czy prawdziwych), nigdy nie będziemy wiedzieli wszystkiego i bardzo dobrze. Nie w tym rzecz. Ja jako obserwator mogę natomiast ocenić sam fakt żenującej autopromocji. Nie rozumiem, jak ludzie mogą budować swój wizerunek na oczernianiu innych, tym bardziej rodziny.
Drugi przypadek nieco mnie zaskoczył, choć chyba nie tylko mnie.
Autobiografia – to taka forma literacka, w której przyjęło się zawierać informacje szokujące, niewygodne i generalnie mające podnieść sprzedaż książki. A jeśli taką spowiedź pisze żona byłego prezydenta, to musi zrobić się szum. "Marzenia i tajemnice" – to książka której nie przeczytałam i której nie mam zamiaru nabyć. W tej chwili będę opierała się jedynie na informacjach o fragmentach wrzuconych do sieci oraz tym co pisali ludzie którzy wypociny prezydentowej przeczytali, nie sądzę jednak by były to informacje fałszywe. Niesmak. To chyba jedyne słowo jakie przychodzi mi na myśl. Zastanawiam się po co wydawać książkę o zwyczajnym życiu dość zwyczajnej kobiety, bo mimo że jej mąż obrósł legendą, to Danuta Wałęsa prowadziła dość zwyczajne życie na własne życzenie, co podkreśla. Kobieta zajmowała się domem, wychowaniem dzieci i tak dalej. Chciała tego, wspierała męża, nawet odebrała w jego imieniu Nagrodę Nobla, by wiele lat później rozpaczliwie pisać o swojej samotności, rozgoryczeniu, zazdrości o uwagę męża i w końcu by w rozmowie z dziennikarką powiedzieć: "Czasem myślę, że on mnie nigdy nie kochał. Tyle spraw było ode mnie ważniejszych". Czy ludzie chcą o tym wiedzieć? Jak spojrzą na kobietę, która tak mówi o mężu, którego tak wiele osób nazywa bohaterem? Podejmuje wielkie ryzyko. Kto doceni szczerość, a kto przestanie darzyć sympatią i uzna za wyrodną i niewspierającą męża żonę?
Na pytanie czy wydanie tej książki jest próbą zaistnienia, wyjścia z cienia, pani prezydentowa odpowiada: "Absolutnie nie. Ja lubię być pół kroku z tyłu, mnie to odpowiada." Czy tylko mnie to się jakoś nie klei?
Wciąż zagadką są dla mnie motywy napisania tej autobiografii. Naprawdę duże ryzyko, jestem bardzo ciekawa jak ludzie to przyjmą.

Czy te dwa dość różne przypadki można porównywać? Myślę, że tak. W mojej ocenie, wydanie wspomnień i szczere wyznania osoby w pewnym wieku, która niewątpliwie swoje przeżyła, mimo że osobiście zbyt wielu dokonań na koncie nie ma, są do przyjęcia, natomiast zaczynanie „kariery” od burzenia i oskarżania jest po prostu słabe i pogrąża na starcie.

Czy niektórzy naprawdę nie rozumieją, że najpierw trzeba zdobyć szacunek, by ludzie brali nas na poważnie i liczyli się z naszym zdaniem? Media mają to do siebie, że przeżują i wyplują, jeśli nie masz wiele do zaoferowania, to w świadomości ludzi za kilka lat, jeśli w ogóle cię zapamiętają, zostaniesz "tym mniej zdolnym za to bardziej pyskatym bratem" albo po prostu celebtytą, bo to dobre określenie na tych znanych z czegoś, tylko nikt nie wie z czego.
Drodzy, początkujący piosenkarze, aktorzy i inni, nie idźcie tą drogą albo od razu powiedzcie, że chodzi wam tylko o kasę.