Może wielu z Was oburzy się, że pieniądze z naszych podatków idą na tak gówniane cele. Osobiście już dawno przestałam wierzyć mądry i względnie sprawiedliwy podział środków finansowych, którymi zarządza władza, więc nawet nie to mnie zainteresowało, bo sumie i tak nie mamy wpływu, czy naszą kasę dadzą na wojnę w Afganistanie czy na beczkę gówna (czy tylko ja mam wrażenie, że to brzmi niemal symbolicznie?). Bardziej interesuje mnie kierunek w jakim podążą sztuka.
Czytałam kiedyś artykuł, w którym opisywano w jaki sposób zniszczono bardzo wartościowe dzieła w muzeach. Najczęściej do tego przyczyniały się ekipy sprzątające. I bynajmniej nie chodziło o strącenie drogocennej wazy. Nie pamiętam wszystkich przypadków, jedynie jeden. Sprzątaczka usunęła z jakiejś wazy osad wapienny. Tak, nalot na misie był dziełem sztuki wycenianym na ponad milion dolców!
Powiedzcie mi teraz, czy przeciętny człowiek, np. taka sprzątaczka, jest mniej inteligentny niż kiedyś, czy to sztuka stoczyła się do rynsztoku?
Mam wrażenie, że ze sztuką ostatnio to jest jak z maturą. Kiedyś sztuka dostępna tylko dla elit, dziś jest tak powszechna, że straciła poziom i prestiż. Każdy może robić sztukę, a właściwie robić "coś" i nazywać to sztuką. To oczywiście spore uproszczenie, bo zdarzają się fantastyczni artyści z niezaprzeczalnym talentem, mówię jednak o ogólnym kierunku.
Uproszczony schemat:
- XVI/XVII w. taki Caravaggio maluje sobie np. "Złożenie do grobu", każdy się zachwyca, piękno widzi i wieśniak i mieszczanin i magnat.
Tworzy artysta, bo byle burak nie da rady.
[W sumie można by zacząć od Wenus z Milo albo jeszcze dalej, ale generalnie do XX w. wszystko toczyło się spokojnym i logicznym rytmem] - A potem nadszedł XX w. i zaczęło się dziać.
Weźmy Warhola, zmienia się priorytet sztuki, już nie chodzi tylko o estetykę. Prostota i oryginalność wiodą prym. Lubię colę - maluję ją, jem zupę - maluję Campbell's. Liczy się nie sam efekt, a tworzenie i osoba samego artysty. To chyba wtedy sztuka się otworzyła, co miało liczne konsekwencje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, bo każdy mógł wpłynąć na ocean artystycznych działań.
[Żeby nie było, nie mówię, że Andy nie zasługuje na miano artysty, wręcz przeciwnie, był to człowiek może i szalony w swoich wizjach ale i genialny, wszechstronny. Pomijam już nawet wpływ jaki wywarł na tak wiele dziedzin sztuki.] - Czasy współczesne. Ocean sztuki wylał się na wszystkie dziedziny życia, a jak wylał to i moim zdaniem spłycił. Dziś każdy może być artystą i w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby ludzie nie zapominali o celach jakie sztuka powinna stawiać, bo jakieś chyba powinna, nie? Czasem nie zachwyca wizualnie - ok. No to może otwiera umysł? Niekoniecznie. Daje do myślenia? No chyba tylko "O co właściwie chodzi?". Szokuje, czyli wzbudza jakieś emocje? Też już rzadko. No chyba że... Chyba, że ktoś nazywa sztuką happeningi w stylu tego imbecyla z Kostaryki, który w imię sztuki zagłodził psa.
po lewej: Jan Matejko, Rejtan – Upadek Polski, 1866
po prawej: Andrzej Wróblewski, Niebo nad górami, 1948
Więc jak, idziemy w dobrym kierunku? Sztuka ma granice? Jeśli tak, to dlaczego każde pokolenie je przesuwa? Dlaczego sztukę coraz trudniej nazywać utożsamiać kulturą, której częścią powinna być? Mam jeszcze wiele innych pytań, tyle że odpowiedzi dane dziś, jutro nie będą aktualne, jeśli w ogóle da się udzielić odpowiedzi.
Może ktoś jednak ma ochotę podjąć wyzwanie i podyskutować. Zapraszam.
