niedziela, 12 września 2010

Przeciętny polski meloman

Witam wszystkich po dłuższej przerwie, za którą przepraszam, niestety czas nie jest z gumy.

Ostatnio gdzieś przeczytałam, że statystyczny Polak chodzi do filharmonii co 130 lat. Jakoś mnie to specjalnie nie zdziwiło, ale sprowokowało do rozmyślań nad kulturalną kondycją naszego społeczeństwa.
Nie tylko te wyniki badań wskazują na to, że jest źle, wystarczy usiąść na ławce w parku i poobserwować ludzi. Robię to bardzo często, czasem myślę, że chyba tylko po to, by pogorszyć swój nastrój. Wniosków z takiej obserwacji zawsze mam całkiem sporo, choć zdaję sobie sprawę, że to mało miarodajne i często bardzo pochopne opiniowanie, jednak potencjalnych bywalców filharmonii widuje niezwykle rzadko. Z resztą, o tym nie muszę Was chyba przekonywać, popatrzcie na siebie i swoich znajomych, jak spędzacie czas wolny? No właśnie.
Czas. Brak czasu to częsty argument jaki słyszę proponując znajomym wyjście na spektakl lub koncert do filharmonii (tak na marginesie, bydgoska Filharmonia Pomorska jest jedną z najlepszych pod względem akustycznym w Europie, więc korzystajmy z tego). Czy naprawdę muszę tłumaczyć, że to najgłupszy argument jaki możecie podać? Oszczędzę sobie, miłego leżenia przed telewizorem.
Koszty. Cena biletu, to istotny aspekt problemu, ale czy na pewno to taki duży wydatek? Z tym bywa różnie, ale informuję wszystkich zwolenników tego argumentu, iż są koncerty na które ceny biletów zaczynają się od takiej kwoty, jaką wydalibyśmy wybierając się na seans do kina. Cóż, chyba jednak statystyczny Polak chodzi do kina nieco częściej niż raz na sto lat. Nie przekonuje Was to? Wyobraźcie sobie eksperyment: zbieracie próbę do badania, mają to być bardzo różni ludzie, zarówno tacy o wysokim statucie społecznym jak i niskim, starzy i młodzi itd. Proponujecie im bilety, mają do wyboru: kino, operę, filharmonię i może jeszcze talon do pizzerii, tak dla urozmaicenia badania. I choć bardzo chciałabym taki eksperyment przeprowadzić, to już dziś kładę głowę, że wygra kino i pizzeria. Rozumiecie? Kowalski woli nażreć się pizzy niż wybrać sobie wśród bogatego repertuaru sztuki wysokiej coś, czym chciałby się delektować zmysły inne niż smak. Czy tylko mnie wydaje się to tak okrutnie przygnębiające?
Strój. Kolejny argument pt.: Nie mam się w co ubrać. Trochę to żenujące, że kobieta nie ma żadnego eleganckiego ciucha, a mężczyzna garnituru, ba! Marynarki. Chciałbym zauważyć, że czasy, gdzie do teatru czy filharmonii chodziło się w długich, balowych sukniach już dawno minęły (ok. swoimi prawami rządzą się premiery w operze, ale to jednak dość specyficzny repertuar i mogę zrozumieć, że ktoś po prostu operetek nie lubi)!
Stereotypy. Nóż mi się w kieszeni otwiera jak słyszę, że w teatrze wystawiane są tylko inscenizacje dramatów albo teatr współczesny to nowoczesne sztuki w których nie wiadomo o co chodzi. Podobnie z filharmonią. Ludzie myślą, że tam odbywają się tylko koncerty chopinowskie lub koncerty muzyki barokowej. A może tak warto zorientować się w rzeczywistej sytuacji? Byłabym nawet skłonna postawić tezę, że każdy znajdzie coś dla siebie, np. koncert muzyki filmowej.
Zatem, co ludzie robią przez te 130 lat? Chcecie wiedzieć? Czy wasze wrażliwe umysły w które wciąż wierzę są na to gotowe? To ja Wam powiem, siadają z piwem i chipsami przed telewizorem i oglądają co popadnie, a najczęściej popada jakaś sieczka: 5489. odcinek jakiegoś serialu, celebryci którzy za pieniądze robią z siebie cyrkowe małpki, może wiadomości z których dowiadujemy się jak jeden polityk nazwał idiotą drugiego. Ludzie jakoś tak zdziwaczeli, że bardziej interesuje ich życie serialowych bohaterów, znanych ludzi lub plotki o sąsiadce z parteru niż zmiana własnego otoczenia, wprowadzenie jakiegoś miłego urozmaicenia które za rok będą pamiętali lepiej niż informację kto odpadł w piątym odcinku 48. edycji Tańca z Gwiazdami.